listopad 2002

         Siedziała na tylnym siedzeniu samochodu, za kierowcą. Nie rozglądała się wokoło, nie patrzyła na mijane szybko drzewa i słupy. Podążając za jej "ślepym" spojrzeniem, można było trafić na punkt, znajdujący się prawdopodobnie na przedniej szybie auta, gdzieś po stronie pasażera. Podobnie, jak nie można było wyczytać nic z jej oczu, również niewyraźny grymas nie dawał podstaw do jakiejkolwiek oceny jej stanu ducha. Współtowarzysze podróży zajęci byli sobą, mogła zatem bez przeszkód odciąć się od otoczenia.
         Nie mam pojęcia, co działo się w jej głowie, ale wiem, że nie "odleciała" całkowicie. Reagowała bowiem na niektóre polecenia. "Otwórz buzię!" I już landrynka znalazła się na języku. Nie umieściła jej jednak bezpiecznie przy policzku. Wystarczyła jedna głębsza dziura na drodze, aby samochód podskoczył, a cukierek niefortunnie znalazł się gdzieś w gardle, dławiąc ją. Nie zostawiono jej samej sobie. Prawie natychmiast rozpoczęło się udzielanie pomocy - uderzenia w plecy.
         Po kilku chwilach prawie wszystko wróciło do normy - każdy zajął się tym, co robił przed tym zdarzeniem. Tylko z nadal wpatrzonych w jeden punkt oczu dziewczyny zaczęły płynąć łzy. Może znam tego powody - może płakała, bo cała ta sytuacja przypomina jej życie - częste odcinanie się, wypełnianie czyichś poleceń, krztuszenie się tym, co jest jej dawane, wreszcie - niechciany ratunek... a może płacz był tylko reakcją jej organizmu na landrynkę w niewłaściwym miejscu.

główna

(c) Ewa Oderkiewicz 2001-2018